Archive for September, 2010

Welcome to Oxford

Posted on September 25, 2010, under Other.

No to jestem. Mija prawie tydzień odkąd przyleciałam do Wielkiej Brytanii, więc chyba mam już prawo do ‘pierwszych wrażeń’. Od razu uprzedzam, że wcześniej w UK byłam tylko przelotem (dosłownie – kilka godzin na lotnisku), więc to prawdziwie świeże obserwacje. No to lecimy:

  • Anglicy jeżdżą nie po tej stronie ulicy, co trzeba. Nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie mi wmówić, że tak da się normalnie jeździć. W życiu nie wsiadłabym tu do samochodu za kierownicę. Przede wszystkim dlatego, że na pewno wsiadłabym do niego nie z tej strony…!
  • Przechodzenie na drugą stronę ulicy nadal napawa mnie strachem, szczególnie na większych skrzyżowaniach. Nerwowo kręcę głową we wszystkich możliwych kierunkach, bo nie mam pojęcia, z której strony może mnie potrącić samochód. W dodatku samochód bez kierowcy, bo przecież po prawej stronie siedzi pasażer (przynajmniej w normalnym kraju). Dobrze, że chociaż rowery mają kierowców na swoim miejscu. Natomiast Anglicy chyba zdają sobie sprawę ze swojej ‘wyjątkowości’, bo na bardziej skomplikowanych skrzyżowaniach, albo rondach malują na przejściach dla pieszych na jezdni napisy ‘look left’, ‘look right’, ‘look both sides’. Jeśli ktoś nie rozumie angielskiego to niestety i tak nic mu to nie pomoże.
  • Wydaje mi się, że na chodnikach też obowiązuje jakiś kodeks drogowy. Ale jeszcze nie rozkminiłam, jaki.
  • Anglicy nie mają chleba. Coś, co wygląda , jak chleb w rzeczywistości jest napowietrzoną bułką. W dodatku wiecznie świeżą i wiecznie miękką. Aż do momentu spleśnienia.
  • W Oxfordzie większość miejskich autobusów jest dwupiętrowa. I to jest super – więcej ludzi może do nich wejść, no i z góry jest dużo fajniejszy widok. Natomiast nie mam pojęcia jak te autobusy mieszczą się w tych wszystkich wąskich uliczkach, w których samochody są zaparkowane po obu stronach ulicy pomiędzy śmietnikami.
  • Angielskie domki są urocze, ale wyglądają na zaprojektowane przez przedszkolaki. Bałagan architektoniczny jest wszechobecny, ale wszystko razem wygląda po prostu ładnie. Nie wiem, jak to możliwe. Może dlatego, że wszystko jest kolorowe. Dużo bardziej niż w Polsce.
  • Wejścia do mieszkań wprost z chodnika – chyba nie mogłabym się do tego przyzwyczaić. Ani do tego, że ktoś z chodnika zagląda mi do kuchni. Ale kolorowe drzwi wejściowe – rewelacja! Bardzo dużo jest niebieskich – zupełnie jak w ‘Notting Hill’.
  • Ciekawym zjawiskiem są kolejki. Z tego co zauważyłam nikt się nigdzie nie przepycha, ale obowiązują kolejki. Nawet jeśli z pozoru ich nie widać. Na przykład przy wchodzeniu do autobusu. To akurat przydałoby się w Polsce.
  • Polaków jest tutaj po prostu mnóstwo. Nawet w takim Oxfordzie, który nie wydaje się być pierwszym wyborem rodaków przy wyjeździe do UK. Pomijając to, ile polskiego słyszy się na ulicach, to rozmowy kierowników sklepu z pracownikami typu: “Marjola, how are you doing?”, “Krzisztoff, are you OK? dajeszz rade?” nie pozostawiają wątpliwości, co do narodowości tych pracowników.
  • Jakże miło było znaleźć polskie jedzenie w Tesco! Fajnie tu jeść pierogi ruskie ‘U Jędrusia’.
  • I na koniec jeszcze jedno. Albo Anglicy piją za dużo, albo mają strasznie słabe głowy. Chyba jedno i drugie. Albo po prostu nie umieją pić. Na pewno nie wszyscy, ale pozytywnych przykładów jeszcze nie widziałam. Będę wytrwale szukać. Aha – angielskie dziewczyny ubierają się na wyjścia do klubów, jak dziwki. Dosłownie i niestety w większości. I jeśli chodzi o te dwie obserwacje to naprawdę mam nadzieję, że się mylę i najbliższe tygodnie wyprowadzą mnie z błędu.

Wiem, stronniczo. Ale może zmienię zdanie. I pewnie do większości tych rzeczy da się przyzwyczaić.